Klub Modelarzy Kolejowych N-orma

pl. Defilad 1 (w Muzeum Techniki) 00-901 Warszawa

KRS 0000320466; REGON 100617743

mail: poczta@n-orma.pl

 

SpotkaNie FREMO w Hanau

21-25 maja 2008

Koordynacją naszego udziału w spotkaniu w Hanau zajmował się Frank Janson – sympatyczny jegomość, którego poznaliśmy w Pradze podczas spotkania organizowanego przez klub Zababov. Wymieniłem z nim kilka maili, ustalając szczegóły naszego pobytu. Pewnego dnia Frank napisał, iż przenocujemy u Dirka. Jak się okazało, Dirk również należał do tak zwanego „Praha Gang” – był jednym z czterech przedstawicieli ekipy frankfurckiej biorących udział w spotkaniu w stolicy naszych południowo-zachodnich sąsiadów.

Podróż z Warszawy do Frankfurtu minęła szybko i bez żadnych problemów (nie licząc wnikliwej kontroli bezpieczeństwa na lotnisku). Po odebraniu bagażu w porcie docelowym zeszliśmy na dół, w kierunku stacji kolejowej – tam czekał Dirk. On się zdziwił, że Dawid się ostrzygł, myśmy się zdziwili, że Dirk pozbył się brody, nikt się nie zdziwił, że ja pozostałem przy swoim fryzjerskim status quo. Zanim dotarliśmy do auta Dirka, podczas rozmowy okazało się, że buduje nie tylko makiety kolejowe, ale i modele latające RC, w szczególności latające skrzydła. Z podziemnego parkingu pojechaliśmy do Offenbach do domu Dirka. Po drodze zapytałem go, czy Offenbach to oddzielne miasto, czy raczej dzielnica Frankfurtu. Odparł, iż to oddzielne miasto, szczególnie ostatnio. Tym bardziej oddzielne, im bardziej jesteś kibicem piłkarskim. Okazało się, że klub z Offenbach przegrał z klubem z Frankfurtu i spadł do niższej ligi...


Po dotarciu do kamienicy, w której mieszka Dirk, otrzymaliśmy do swojej dyspozycji dwupokojowe mieszkanie z łazienką i jedynie słusznym widokiem na linię ICE. Sąsiadowało ono z pomieszczeniami zajmowanymi przez Gospodarza. Bardzo byliśmy radzi z tak miłego potraktowania – spodziewaliśmy się raczej skrawka podłogi i konieczności zabrania śpiworów.


Jeszcze tego samego wieczora (2008-05-20) odwiedziliśmy Dirka. Poczęstował nas kolacją i chwała mu za to, bo to, co dostaliśmy na pokładzie samolotu Lufthansy, raczej nas tylko rozzłościło, a okoliczne sklepy już były zamknięte. Podarowaliśmy Gospodarzowi kilka drobiazgów: miód pitny dwójniak w ozdobnej butelce, z dwoma kielichami w gustownej skrzynce, książkę Dariusza Brodowskiego „Die Letzten Dampflokomotiven in Polen” oraz model fototrawiony w wielkości N wiodącego polskiego producenta. Przy kolacji rozmawialiśmy o... kolejkach ;-) Dirk powiedział nam, że wiele osób sądziło, iż FREMO będzie się rozwijać na zachód, tymczasem największy odzew Niemcy otrzymali ze wschodu, czym są zaskoczeni, ale i zadowoleni z takiego obrotu spraw. Dzień zakończyliśmy symbolicznym sznapsem!


Następnego ranka (2008-05-21) pomogliśmy Dirkowi znieść jego moduły i zapakować je do auta. Dirk pojechał do pracy, a my do Frankfurtu. Parę minut drogi od kamienicy, w której mieszkaliśmy,  znajdował się przystanek S-Bahnu, z którego można było dojechać bezpośrednio do stacji Frankfurt am Main Hauptbahnhof. Tak też uczyniliśmy. Pokręciliśmy się nieco po stacji robiąc zdjęcia i obserwując duże natężenie ruchu. Potem pojechaliśmy tramwajem do Frankfurter Feldbahnmuseum. Od końcowego przystanku linii tramwajowej droga do muzeum wiodła przez park. W parku zaś rządziły zające. Dużo ich było... choć nieopodal można było zaobserwować ptaki drapieżne i sceny polowania. Muzeum okazało się być nieczynne... na szczęście furtka nie była zamknięta. Weszliśmy na teren wykonując szereg zdjęć. Szkoda tylko, że najcenniejsze eksponaty były zamknięte w szopie... Po spenetrowaniu muzeum wróciliśmy w okolice dworca głównego. Znaleźliśmy przystępną cenowo kuflotekę i dokonaliśmy degustacji lokalnego piwa oraz wina jabłkowego. Zbliżało się popołudnie. Umówiliśmy się z Dirkiem, że „po pracy” pojedziemy pociągiem z Frankfurtu do Hanau pomóc rozkładać makietę. Pomimo bogatej oferty S-Bahnu i DB-Regio zdecydowaliśmy się na ICE. Po zakupieniu biletów (12,5€ za około 14 minut jazdy za osobę) udaliśmy się na peron obserwując ze zgrozą tłumy oczekujące na ten sam pociąg co my. Przyznam, że moja pierwsza przejażdżka ICE nie zachęciła mnie do kolejnej. Wagony drugiej klasy były zatłoczone – ludzie wracali do domów przed dniem świątecznym. Klimatyzacja nie była w stanie zapanować nad wnętrzem wagonów z taką liczbą podróżnych. Innymi słowy, do Hanau dotarliśmy w tłoku i duchocie. Posiedzieliśmy nieco na stacji Hanau Hbf  wykonując sporo ciekawych zdjęć – między innymi Class 66 luzem i Ludmiły we wschodnioniemieckim malowaniu z pociągiem roboczym. Potem zadzwoniliśmy do Dirka, który przyjechał po nas na dworzec i zawiózł do hali, gdzie odbywało się spotkanie. Spotkaliśmy tam znajome twarze z Pragi: Daniela Buchtelę (Zababov), Michaela Maleisa („Maliego”), Christiana Martensa oraz Franka Jansona (wszyscy z AK5). Pomogliśmy rozstawić kilka modułów, przypatrując się różnym konstrukcjom nóg. Poznaliśmy też masę nowych ludzi. Na kwaterę wyjechaliśmy około 22:00.


Następnego dnia (2008-05-22, czwartek) do hali stawiliśmy się na 9:00. Niestety ze względu na problemy z oprogramowaniem sterującym stacją Karlsrue-Durlach, największą w ramach makiety, jazdy rozpoczęły się dopiero po południu. Z tego co pamiętam udało się wykonać dwa dwugodzinne cykle. Łącznie cztery godziny zabawy w czasie rzeczywistym. Otrzymaliśmy książeczki A5 powstałe ze zgrupowanych tematycznie rozkładów. Każda książeczka zawierała kilka pojedynczych przejazdów pociągami osobowymi bądź towarowymi. Wyjątek stanowiła książeczka CD, która stanowiła konglomerat pociągów towarowych (Saegewerk Maleis <-> Pećka) oraz osobowych na tej samej trasie, a dodatkowo do jej posiadacza należała obsługa tartaku Saegewerk Maleis. Ten właśnie rozkład dostaliśmy jako pierwszy. Obsługiwaliśmy go we dwóch. Czwartek był dniem wolnym od pracy, więc przyszła wystarczająca liczba gości do obsługi makiety. Poza tym Niemcy chcieli, byśmy się wdrożyli. Jako drugi tego dnia obsługiwaliśmy rozkład towarowy. Pociąg zbiorczy Pećka <->Schattenbach, wahadło kontenerowe w tej samej relacji oraz kilka zdawek po wnętrzu makiety. Na tym zakończyliśmy dzień...


W piątek (2008-05-23) z samego rana zaskoczyliśmy Franka podarunkiem w postaci koszulki klubowej N-ormy z dodatkiem miodu pitnego, co wzbudziło uśmiechy na twarzach osób będących świadkami tego wydarzenia. Był to dzień pracujący. Na hali była minimalna liczba osób niezbędna do obsługi makiety, tak więc przez wszystkie pięć sesji tego dnia mieliśmy indywidualne zajęcia. Każdy z nas prowadził zarówno pociągi osobowe, jak i towarowe. Tego też dnia najlepiej widać było dysproporcję aktywności pomiędzy makietą N a 0. Starsi panowie od „zerówki” nie jeździli dłużej jak dwie godziny... Wieczorem, przed ostatnią sesją, odbył się grill.


Ostatniego dnia, w sobotę 24 maja, znów przybyło gości. Dzięki temu mogliśmy skonsolidować polskie siły i zająć się obsługą technicznego autorstwa „Maliego”: Schattenbach. Właściciel stacji wprowadził nas w arkana jej obsługi. Stacja wyposażona była w: telefon bezprzewodowy, wykres ruchu, spis numerów telefonicznych stacji, opis tworzenia grup wagonowych w zależności od stacji przeznaczenia, wieszaki na FRED-y, korytko na karty wagonowe, rozsprzęgacz ręczny ;-) i dwie lokomotywy manewrowe, plan pracy lokomotyw oraz kartki w kształcie litery A dla wszystkich pociągów odjeżdżających – można je było postawić nad lokomotywą celem lepszej orientacji w sytuacji. Staliśmy dzielnie na tej stacji przez dwie sesje dystrybuując jednocześnie modele fototrawione renomowanego polskiego producenta. Jakość składów towarowych jakie otrzymywaliśmy była różna. Od wzorowych aż po kompletnie bałaganiarskie, takie, w których było więcej kart ładunkowych niż wagonów, a karty wagonowe nie odpowiadały kolejnością wagonom – z tym wszystkim trzeba było sobie jakoś poradzić.


Zaraz po przyjeździe do Niemiec powiedzieliśmy naszemu Gospodarzowi, iż chcemy obejrzeć parowozownię przy Hanau Hbf, gdzie ma siedzibę stowarzyszenie ratujące zabytki kolejowe i jest kilka ciekawych eksponatów. Podczas trwania imprezy zabrakło jednak czasu na taką wycieczkę. Byliśmy więc bardzo mile zaskoczeni, gdy Dirk przyprowadził swojego znajomego, który zaoferował się podrzucić nas do parowozowni w drodze na dworzec, przed odjazdem. Przy okazji zahaczyliśmy o nabrzeże przemysłowe oraz bocznicę przy dworcu głównym. Po wielu atrakcjach na peron wpadliśmy kilka minut przed odjazdem S-Bahnu na lotnisko...


Reasumując, trzy rzeczy warte są podkreślenia:

- braliśmy czynny udział w imprezie przez cały czas naszej obecności, żadna sesja nie obyła się bez nas;

- Gospodarze wykazali się wyjątkową gościnnością zapewniając nam nocleg, poczęstunek, a nawet oprowadzenie po kolejowych atrakcjach okolicy;

- przybyliśmy na spotkanie przygotowani – wszystkie nasze wagony były wyposażone w rezystory i karty, dzięki czemu mogły zastąpić nieprzygotowane wagony niemieckie.


Mam nadzieję, że to, co opisałem, wróży długą i owocną współpracę i że w niedalekiej przyszłości zorganizujemy spotkanie o międzynarodowym zasięgu, by móc zaprosić wykolejeńców z Czech i Niemiec!


Obserwacje...


Tabor. Praktycznie wszystko ściśle piątoepokowe, niewielkie odchylenia na późną czwartą. Wszystkie pojazdy trakcyjne to modele jednostek rzeczywistych o napędzie spalinowym. Spora część wagonów towarowych poddana postarzaniu, choć z reguły niezbyt przyciągającemu oko. Nie zaobserwowałem kół innych niż NEM. Wykrycie wagonu bez rezystorów powodowało jego natychmiastowe zdjęcie z makiety.


Tory. Znaczący odsetek modułów miał położony tor Peco code 55, za wyjątkiem stacji Durlach i kilku skrzynek szlakowych, gdzie wykorzystano tor zbudowany z szyn code 40 na podłożu z PCB. Stopień spatynowania toru bardzo różny w zależności od modułu.


Stacje. Każda stacja wyposażona była w:

- wykres ruchu;

- plan pracy lokomotyw;

- plan pracy maszynistów;

- zalecenia tworzenia grup wagonowych i formowania składu w zależności od numeru pociągu i stacji przeznaczenia wagonów;

- spis uwag dotyczących wybranych pociągów;

- jeden wykres zależności numeru toru od czasu, któremu się bliżej nie przyjrzałem;

- telefon bezprzewodowy;

- spis numerów innych stacji;

- korytka na karty wagonowe;

- półkę lub wieszak na FRED-y;

- zestaw kartek w kształcie litery A do „oflagowania” składów oczekujących na odjazd;

- rozsprzęgacz;

- czasami lupę.

Pecka, z którą mieliśmy okazję zapoznać się już w Pradze, była sterowana z PC. Największa stacja w obrębie makiety – Durlach – była obsługiwana z robiącego wrażenie pulpitu, a w szczytowym chwilach wspomagana przez dwa laptopy. Obydwie posiadały hardware do detekcji zajętości toru – stąd rygorystyczne wymagania co do rezystorów. Pozostałe stacje były sterowane mechanicznie.


Rozkłady. Jak już napisałem wcześniej, były przygotowane w formie książeczek formatu zeszytowego. Papier w foliowych koszulkach bez większego uszczerbku przechodził z rąk do rąk. W rozkładach, oprócz przystanków i czasów, były też uwagi analogiczne jak na stacjach - dotyczące manewrów, grup wagonowych itp. Przydział zadań odbywał się na „zbiórce” przed każdą sesją. Nie było z tym większych problemów i można było stosować płodozmian: towarowy/osobowy/towarowy/stacja. Rozkłady były wyważone jeśli chodzi o zajętość osoby realizującej. W czasie trwania dwugodzinnej sesji bez problemu można było znaleźć czas na krótką przerwę. Nuda absolutnie nie doskwierała. Jedyne nieco monotonne stanowisko to „bus driver”, czyli „szynobus wahadełko”...


Świat się kurczy. Na spotkanie przyjechał pewien Berlińczyk, którego imienia nie pomnę... Podczas krótkiej rozmowy okazało się, iż mamy wspólnego znajomego – Gemola. Panowie spotkali się na meetingu w Czechach.


Podczas pożegnania Frank stwierdził: „skoro bilety lotnicze są tak tanie, to wpadajcie częściej” :-) Przelot w obydwie strony kosztował około 370 zł od głowy. Tam Lufthansą. Powrót LOT-em.


Od lewej: wiygN, Frank Janson, Dirk Lübek, kiersNo


Więcej zdjęć - tutaj.

Więcej informacji - tutaj.




Tekst i zdjęcia: wiygN